środa, 12 grudnia 2012

Polsko-chińskie manewry kosmiczne

Mieliśmy w planie pierwsze zajęcia z chińskiej kosmonautyki. Od razu dało się wyczuć, że będą wyglądać inaczej niż wszystkie dotychczasowe laborki, bo zamek kodowy na drzwiach nie był taki nowoczesny jak na całej politechnice, tylko wyglądał jak siermiężny kawałek technologii wydarty z radzieckiego bunkra przeciwatomowego.
Prowadząca otworzyła drzwi i wprowadziła całą grupę na wielką salę, gdzie zaczęliśmy zajmować miejsca. Ułożenie stołów od razu rzuciło mi się w oczy, bo formowały się w swastyki. Chyba z 10 minut zajęło mi znalezienie jakiegoś wolnego krzesła, przez co zwróciłem na siebie uwagę każdego. Wszędzie były małe chińskie filiżaneczki i inne drobne naczynka do potraw. Zajęcia rozpoczęły się od nawiązania dialogu polsko-chińskiego, czyli prowadząca od chińskiej kosmonautyki współczuła nam ostatniej katastrofy w przestworzach. Od razu wiedziałem, że chodzi o Smoleńsk.

Akcja przeniosła się na błotniste tereny zrujnowanej stacji kolejowej, należącej do jakiegoś zniszczonego wojną miasteczka. To była symulacja walki nocą. Na początku panował wielki chaos - wszyscy w kompletnej ciemności nadbiegaliśmy z losowych kierunków, mijając się i jedynie na moment włączając latarki. Nikt nie wiedział kto jest swój, a kto wróg. Po pewnym czasie sytuacja nieco się wyklarowała, bo usłyszałem pierwsze strzały w oddali. Zaczęło świtać. W błotnistej ziemi znalazłem zdezelowany karabin, chwyciłem go i szybko pobiegłem pod ścianę. Tam znalazłem pistolet maszynowy, który zarzuciłem na ramię. Było tam też dwóch naszych ludzi, którzy czekali na moment, aby się prześlizgnąć między budynkami. Ja poszedłem pierwszy, ale patrząc przez przyrządy celownicze zdałem sobie sprawę, że lufa mojej broni jest kompletnie krzywa, więc i tak się nią nie obronię. Tak więc pobiegłem na ślepo przed siebie i miałem szczęście, bo minęła mnie seria z budynku naprzeciw. Nieco dalej znalazłem niemalże dwumetrowy karabin snajperski, który zarzuciłem na ramię, ale nie było czasu, aby oswoić się z bronią, bo obok siebie usłyszałem świst kuli. Błyskawicznie obejrzałem się za siebie - na chyba półkilometrowej wieży kościoła stał snajper i celował do mnie. Zauważyłem jakąś zabłąkaną dziewczynę, więc chwyciłem ją za rękę i pobiegliśmy pędem do budynku z zawalonym dachem, gdzie można było ukryć się przed snajperem i samemu mieć go na oku. Ona schowała się w rogu, a ja powoli położyłem się na ziemi, wypatrując snajpera przez mój celownik. I co się okazało? Że mój karabin jest pusty! Że to zwykła rura, która nawet nie ma komory zamka. Zdałem sobie sprawę, że utknęliśmy. Dziewczyna zaczęła mi się żalić, że musi biegać po tych zgliszczach w zwykłych baletkach i zaczęła mi pokazywać jakie te buty są niewygodne. W takiej chwili! Nagle cały klimat wojenny prysł i poczułem się jak niemota, któremu baba zrzędzi nad uchem, że jej się kapcie nie podobają... Zacząłem żałować, że ją ściągnąłem spod ognia snajpera.

sobota, 24 września 2011

Pogromca mutantów

Siedziałem na lekcji religii i kazano nam napisać wierszyk o Panu Jezusie :P Szło mi tak źle, że skończyłem na dwóch linijkach, ale na szczęście nie wzięto mnie do odpowiedzi. Zgłosił się kolega, który z wredną koleżanką, którą bym w życiu o to nie posądzał wykonał swój wierszyk growlem :D W trakcie tego ja rozglądałem się po sali i zauważyłem dziwny szczegół. W nodze każdej z ławek było wyżłobienie, w którym znajdowała się żółto-czerwona tabletka-kapsułka o nieznanym działaniu.

Wiedziałem, że mam dużo amunicji i mocą broń, więc poszedłem dla rozrywki oczyścić pewien budynek z ogromnych mutantów. Celne strzały radośnie odpruwały im głowy i kończyny do czasu, kiedy wszedłem do kompletnie ciemnego, długiego korytarza. W oddali była jakaś majacząca sylwetka, ale na tyle niewyraźna, że nie mogłem w ogóle w nią wycelować. Podszedłem więc bliżej, a ona nagle ruszyła w moją stronę i zaatakowała. Przełączyłem się na strzelbę powtarzalną, ale zamiast niej w moich rękach wylądował kaloryfer. Nie wiedzieć czemu, usilnie szukałem na nim jakichś przycisków. Dostałem mocnego kopniaka od mutanta i wyleciałem za okno. Wylądowałem na ziemi, gdzie zdałem sobie sprawę, że mam problem. Jedyne co posiadałem, to ciężki stalowy pręt, a moją obecność zwęszyły niewidzalne hieny. Zaczęły biec do mnie, a ja widząc jedynie spowodowane przez nie delikatne załamania światła, machałem prętem jak opętany. Mimo tego co chwilę kąsały mnie i za niedługo byłem już na skraju śmierci.

Obudziłem się przerażony w moim łóżku. Nie wiem jak tamto przeżyłem. Już nie czułem się takim kozakiem. Nadal machałem rękoma, jakbym trzymał w nim stalowy pręt, aż doniczka z ziemią spadła mi na głowę. Postanowiłem, że muszę zabezpieczyć swoje mieszkanie i zacząłem w oknach montować grubą jak palec kratownicę.

piątek, 8 lipca 2011

Ucieczka

Szliśmy jakimś dużym kanałem burzowym w Warszawie, który przechodził w rów trapezowy. Nagle zdaliśmy sobie sprawę że wszyscy nas tam widzą i zaraz może nas zgarnąć jakąś służba. Tak też było - zobaczyliśmy, że w naszą stronę idą smutni panowie. Zacząłem więc zwiewać, przeskakując mury i biegając po dachach. Dotarłem do dużego kontenera na śmieci i zacząłem czegoś w nim szukać. Znalazłem zwłoki kobiety w zaawansowanym stadium rozkładu. Człowiek, który stał obok powiedział, że pokaże mi małą sztuczkę. Wziął nóż i rozciął brzuch kobiety. Z mazi wewnątrz wyjął martwy płód, który miał już kilka lat. Potem uciekałem dalej przez wsie i pola z przykrą świadomością, że będę musiał to robić już do końca życia.

Spotkałem nocą dziewczynę kumpla i zaproponowałem, aby położyć się na trawie i pooglądać niebo. Było warto, bo bardzo nisko przelatywała stacja kosmiczna. Miała kształt dysku i mrugała czerwonymi i niebieskimi światełkami. Będąc dokładnie nad nami zaczęła się przekształcać. Niektóre segmenty dysku wysunęły się i pojawiły się nowe światła. Stacja jakby nabrała autonomii - sama zmieniła trajektorię i skierowała się nad zabudowania za horyzontem. Z daleka w jej stronę z ziemi wystrzelona została salwa kul energii, nie robiąc na niej żadnego wrażenia. Stacja odpowiedziała ogniem laserowym, najwyraźniej niszcząc naziemną baterię dział, ponieważ wymiana ognia ucichła. Stwierdziłem, że chyba mamy problem i zaczęliśmy uciekać.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Oblatywacz

Obudziłem się na działce tuż przed świtem, więc było jeszcze ciemno. Postanowiłem założyć noktowizor, aby pooglądać trochę okolice. Okazało się, że ten model nie miał zielonego obrazu, tylko czerwony, płynnie przechodzący w zieleń. Po paru minutach zrobiło się już jasno, więc stał się bezużyteczny.

Robiliśmy test algorytmu wyszukiwania ścieżki i odbywał się on na pociągach. Dwie linie kolejowe krzyżowały się pod kątem prostym i jedną pędził z gigantyczną prędkością niebieski pociąg, a drugą wolniej dojeżdżał żółty. Wagony żółtego co pewien czas wskakiwały pomiędzy te niebieskie. Kiedy dwa składy kompletnie się scaliły, wsiadłem do odrzutowca, aby sprawdzić jak wygląda efekt.

Wylądowałem na końcu działki, gdzie znalazłem talerz z ciepłymi frytkami. Nikogo nie było w pobliżu, więc zacząłem je jeść. Po chwili okazało się, że były one pewnej dziewczyny z fotki.pl, która powaliła mnie na ziemie i przygwoździła w dominującej pozie.

Wleciałem do jakiejś niedawno opuszczonej fabryki. Hale były wysokie, ciemne i osmolone. Pokazałem jakiemuś majstrowi, który był ze mną, przeciętą wiązkę kabli sterujących. Do tych kabli były doczepione inne kable, wychodzące gdzieś poza fabrykę tak, jakby ktoś z zewnątrz chciał przejąć kontrolę nad budynkiem za pomocą własnego sterowania.

Wyleciałem z fabryki i postanowiłem jeszcze trochę polatać. Było ciemno, więc nie miałem żadnych punktów orientacyjnych. Użyłem więc radia Morse'a do wysyłania sygnałów do lotniska. Piknąłem raz - z wieży w oddali raz coś błysnęło. Piknąłem 3 razy - z wieży błysnęło 3 razy. Bawiłem się tak jeszcze trochę, aż zobaczyłem na ziemi konwój, z którym chyba miałem się zabrać. Obniżyłem więc pułap i towarzyszyłem mu do końca.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Pozytywny test maszyny

Wracaliśmy z jakiejś wielkiej wyprawy w górach, gdzie mieliśmy przetestować moje urządzenie. Była to spora konstrukcja. Na ramie ok. 5x3m była rozpięta gruba niebieska folia, poprzybijana zszywkami tapicerskimi. Na środku znajdowała się połówka rury, średnicy kilkudziesięciu cm. Była ona wykonana z blachy perforowanej i ewidentnie podłączona do prądu. W środku tej rury biegła biała, gruba elektroda, od której raz po raz strzelały cienkie iskry w kierunku blachy. Nie wiem co to urządzenie miało robić, ale chyba spełniło swoją rolę, ponieważ wokół panowała atmosfera radości i dobrze wykonanego zadania. Wszyscy siedzieli na drabinach, śmiali się i podziwiali konstrukcję.

środa, 30 marca 2011

Wypadek sterowca i dziwny przejazd

Siedziałem sobie na działce i liczyłem moc latarki z jakichś dziwnych wzorów, aż usłyszałem jakieś wielkie poruszenie na zewnątrz. Wybiegłem i zobaczyłem jak rodzice ze znajomymi pokazują na niebo. Spojrzałem i właśnie przelatywał tam wysoko sterowiec. W górze musiał być straszny wiatr, bo bardzo nim rzucało i chciało go złamać. Tak też się stało. Po chwili sterowiec runął kilka działek obok naszej. Wziąłem aparat i pobiegłem szukać miejsca gdzie spadł. Miałem wielki problem z ustawieniem balansu bieli, bo cały czas wychodził mi żółty. Wchodziłem przez siatkę na każdą z działek, ale nigdzie nie było widać wraku sterowca. Za mną szli spokojnym krokiem ludzie, jakby czekali na to że im ten wrak przyniosę. Wszedłem na jedną z działek i wyszedłem drugą stronę ogrodzenia. Był tam przejazd kolejowy. Nagle z megafonu rozległ się głos: "protestantów prosimy o zejście z barykady" mimo, że nie było tam ani protestantów, ani barykad. Po chwili przez przejazd z ogromną prędkością samodzielnie przemknęło kilka wagonów wyładowanych urobkiem. Na przejeździe była metrowa różnica poziomów szyn, więc te wagony w pędzie zeskakiwały z wyższego poziomu na niższy.

czwartek, 24 marca 2011

Zamach i wygrana

Przyszedł do mnie do domu Jarosław Kaczyński i zaczął mówić takie głupoty, że strasznie się zirytowałem i dałem mu w mordę. Trochę przesadziłem, bo zemdlał i padł na ziemię. Nie wiedziałem co z nim zrobić, więc zawinąłem go w dywan i wyniosłem na balkon. Zdałem sobie sprawę, że to raczej wyjdzie na jaw i muszę zwiewać. Ale przez moment zrobiło mi się go trochę żal, że zostanie na tym balkonie, więc przyniosłem szklankę wody i postawiłem ją koło niego, zawiniętego w dywan. Potem nagle zmieniłem zdanie i wyrzuciłem dywan przez balkon.
Wybiegłem z domu i wsiadłem do taksówki. Tam czekała na mnie dziewczyna, którą niedawno widziałem w tramwaju i powiedziała od razu, żebym sobie nie myślał, że jest kolejną, która chce się ze mną spotkać tylko dlatego że wygrałem 15 milionów. Nie wiedziałem o co chodzi. Zadzwoniłem do taty i okazało się, że faktycznie wygraliśmy w totka.

czwartek, 17 marca 2011

Anti-nazi

Zainstalowałem się z aparatem na jakimś staromiejskim ryneczku, żeby robić zdjęcia co kilka minut i potem połączyć je w film. Ale nagle zauważyłem paradę gówniarzy pokazujących nazistowskie gesty. Bez zastanowienia podleciałem do jednego z nich i potraktowałem go z glana. Potem drugiego. Następnie nawinęła się jakaś dziewczyna, która krzyczała do mnie "sieg hail, sieg hail!", to w ramach hasła "wszyscy równi" dałem jej w mordę tak samo, jak poprzednim neonazistom. Gdy bójka rozrosła się na większą skalę, zorientowałem się, że w moją stronę biegnie kilkadziesiąt nazioli, więc zacząłem uciekać ile sił w nogach. Obudziłem się w szpitalu. Odwiedził mnie jakiś staruszek, który oddał mi kabel od mojego aparatu.

poniedziałek, 14 marca 2011

Drink

Zanim wszedłem do baru, zaczepił mnie młody gościu i wcisnął w łapę 20zł, abym kupił mu drinka. Trochę dziwnego, bo z wódki, herbaty i soku jabłkowego. Strasznie martwiłem się czy te 20zł mi starczy i co zrobię, jak nie. Po chwili zjawił się zupełnie kto inny po tego drinka i mi go odebrał.

niedziela, 27 lutego 2011

Ratownik

Byłem na wycieczce i parę osób zdecydowało, że skoczy sobie do jeziora. Jednakże grunt okazał się tak grząski, że wpadały w niego jak w budyń i znikały. Na widok tego, ostrożnie wszedłem do jeziora tak, aby się nie zapaść i zacząłem kopać. Wykopałem najładniejszą dziewczynę na roku, jej faceta oraz zupełnie bezpańską gałkę oczną.

sobota, 26 lutego 2011

Kot, który zjadł dynamit

Chciałem zrobić komuś psikus i w dziurę w ścianie wsadziłem zapalony dynamit z długim lontem. Po chwili ku mojemu zdziwieniu z dziury wyszedł mój kot, który zjadł ten dynamit. Odsunąłem się do niego, mając na uwadze, że może w każdej chwili wybuchnąć i obserwowałem co się stanie. Lont najwyraźniej zgasł, bo kot nie eksplodował, lecz zdecydował się zwrócić ładunek. Pęczniał, pęczniał, ale nie chciało nic z niego wyjść. Postanowiłem więc mu pomóc, wkładając mu rękę do gardła. Ku mojemu zdziwieniu wyciągnąłem z niego całą garść części elektronicznych.