Siedziałem na lekcji religii i kazano nam napisać wierszyk o Panu Jezusie :P Szło mi tak źle, że skończyłem na dwóch linijkach, ale na szczęście nie wzięto mnie do odpowiedzi. Zgłosił się kolega, który z wredną koleżanką, którą bym w życiu o to nie posądzał wykonał swój wierszyk growlem :D W trakcie tego ja rozglądałem się po sali i zauważyłem dziwny szczegół. W nodze każdej z ławek było wyżłobienie, w którym znajdowała się żółto-czerwona tabletka-kapsułka o nieznanym działaniu.
Wiedziałem, że mam dużo amunicji i mocą broń, więc poszedłem dla rozrywki oczyścić pewien budynek z ogromnych mutantów. Celne strzały radośnie odpruwały im głowy i kończyny do czasu, kiedy wszedłem do kompletnie ciemnego, długiego korytarza. W oddali była jakaś majacząca sylwetka, ale na tyle niewyraźna, że nie mogłem w ogóle w nią wycelować. Podszedłem więc bliżej, a ona nagle ruszyła w moją stronę i zaatakowała. Przełączyłem się na strzelbę powtarzalną, ale zamiast niej w moich rękach wylądował kaloryfer. Nie wiedzieć czemu, usilnie szukałem na nim jakichś przycisków. Dostałem mocnego kopniaka od mutanta i wyleciałem za okno. Wylądowałem na ziemi, gdzie zdałem sobie sprawę, że mam problem. Jedyne co posiadałem, to ciężki stalowy pręt, a moją obecność zwęszyły niewidzalne hieny. Zaczęły biec do mnie, a ja widząc jedynie spowodowane przez nie delikatne załamania światła, machałem prętem jak opętany. Mimo tego co chwilę kąsały mnie i za niedługo byłem już na skraju śmierci.
Obudziłem się przerażony w moim łóżku. Nie wiem jak tamto przeżyłem. Już nie czułem się takim kozakiem. Nadal machałem rękoma, jakbym trzymał w nim stalowy pręt, aż doniczka z ziemią spadła mi na głowę. Postanowiłem, że muszę zabezpieczyć swoje mieszkanie i zacząłem w oknach montować grubą jak palec kratownicę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz