Szliśmy jakimś dużym kanałem burzowym w Warszawie, który przechodził w rów trapezowy. Nagle zdaliśmy sobie sprawę że wszyscy nas tam widzą i zaraz może nas zgarnąć jakąś służba. Tak też było - zobaczyliśmy, że w naszą stronę idą smutni panowie. Zacząłem więc zwiewać, przeskakując mury i biegając po dachach. Dotarłem do dużego kontenera na śmieci i zacząłem czegoś w nim szukać. Znalazłem zwłoki kobiety w zaawansowanym stadium rozkładu. Człowiek, który stał obok powiedział, że pokaże mi małą sztuczkę. Wziął nóż i rozciął brzuch kobiety. Z mazi wewnątrz wyjął martwy płód, który miał już kilka lat. Potem uciekałem dalej przez wsie i pola z przykrą świadomością, że będę musiał to robić już do końca życia.
Spotkałem nocą dziewczynę kumpla i zaproponowałem, aby położyć się na trawie i pooglądać niebo. Było warto, bo bardzo nisko przelatywała stacja kosmiczna. Miała kształt dysku i mrugała czerwonymi i niebieskimi światełkami. Będąc dokładnie nad nami zaczęła się przekształcać. Niektóre segmenty dysku wysunęły się i pojawiły się nowe światła. Stacja jakby nabrała autonomii - sama zmieniła trajektorię i skierowała się nad zabudowania za horyzontem. Z daleka w jej stronę z ziemi wystrzelona została salwa kul energii, nie robiąc na niej żadnego wrażenia. Stacja odpowiedziała ogniem laserowym, najwyraźniej niszcząc naziemną baterię dział, ponieważ wymiana ognia ucichła. Stwierdziłem, że chyba mamy problem i zaczęliśmy uciekać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz