Mieliśmy w planie pierwsze zajęcia z chińskiej kosmonautyki. Od razu dało się wyczuć, że będą wyglądać inaczej niż wszystkie dotychczasowe laborki, bo zamek kodowy na drzwiach nie był taki nowoczesny jak na całej politechnice, tylko wyglądał jak siermiężny kawałek technologii wydarty z radzieckiego bunkra przeciwatomowego.
Prowadząca otworzyła drzwi i wprowadziła całą grupę na wielką salę, gdzie zaczęliśmy zajmować miejsca. Ułożenie stołów od razu rzuciło mi się w oczy, bo formowały się w swastyki. Chyba z 10 minut zajęło mi znalezienie jakiegoś wolnego krzesła, przez co zwróciłem na siebie uwagę każdego. Wszędzie były małe chińskie filiżaneczki i inne drobne naczynka do potraw. Zajęcia rozpoczęły się od nawiązania dialogu polsko-chińskiego, czyli prowadząca od chińskiej kosmonautyki współczuła nam ostatniej katastrofy w przestworzach. Od razu wiedziałem, że chodzi o Smoleńsk.
Akcja przeniosła się na błotniste tereny zrujnowanej stacji kolejowej, należącej do jakiegoś zniszczonego wojną miasteczka. To była symulacja walki nocą. Na początku panował wielki chaos - wszyscy w kompletnej ciemności nadbiegaliśmy z losowych kierunków, mijając się i jedynie na moment włączając latarki. Nikt nie wiedział kto jest swój, a kto wróg. Po pewnym czasie sytuacja nieco się wyklarowała, bo usłyszałem pierwsze strzały w oddali. Zaczęło świtać. W błotnistej ziemi znalazłem zdezelowany karabin, chwyciłem go i szybko pobiegłem pod ścianę. Tam znalazłem pistolet maszynowy, który zarzuciłem na ramię. Było tam też dwóch naszych ludzi, którzy czekali na moment, aby się prześlizgnąć między budynkami. Ja poszedłem pierwszy, ale patrząc przez przyrządy celownicze zdałem sobie sprawę, że lufa mojej broni jest kompletnie krzywa, więc i tak się nią nie obronię. Tak więc pobiegłem na ślepo przed siebie i miałem szczęście, bo minęła mnie seria z budynku naprzeciw. Nieco dalej znalazłem niemalże dwumetrowy karabin snajperski, który zarzuciłem na ramię, ale nie było czasu, aby oswoić się z bronią, bo obok siebie usłyszałem świst kuli. Błyskawicznie obejrzałem się za siebie - na chyba półkilometrowej wieży kościoła stał snajper i celował do mnie. Zauważyłem jakąś zabłąkaną dziewczynę, więc chwyciłem ją za rękę i pobiegliśmy pędem do budynku z zawalonym dachem, gdzie można było ukryć się przed snajperem i samemu mieć go na oku. Ona schowała się w rogu, a ja powoli położyłem się na ziemi, wypatrując snajpera przez mój celownik. I co się okazało? Że mój karabin jest pusty! Że to zwykła rura, która nawet nie ma komory zamka. Zdałem sobie sprawę, że utknęliśmy. Dziewczyna zaczęła mi się żalić, że musi biegać po tych zgliszczach w zwykłych baletkach i zaczęła mi pokazywać jakie te buty są niewygodne. W takiej chwili! Nagle cały klimat wojenny prysł i poczułem się jak niemota, któremu baba zrzędzi nad uchem, że jej się kapcie nie podobają... Zacząłem żałować, że ją ściągnąłem spod ognia snajpera.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz